RSS

Kawa z redaktorką #22 Joanna Mika

24 Mar

Zapraszam na moją rozmowę z Asią Miką, redaktorką książek m.in. Łukasza Orbitowskiego, Jakuba Małeckiego i Jakuba Ćwieka. O predyspozycjach, jakie trzeba mieć do pracy w cieniu pisarzy, rozmawiałyśmy w krakowskiej kawiarni. Była to niezwykle interesująca rozmowa, zobaczcie sami.

Twoja droga do tej pracy zaczęła się od współpracy z Łukaszem Orbitowskim?

Można tak powiedzieć, ponieważ byłam redaktorką jego pierwszych opowiadań, a później książek. Oprócz tego przez pewien pracowaliśmy wspólnie dla Wydawnictwa Dolnośląskiego – Łukasz współtworzył tam serię fantastyczną i wziął mnie do pomocy. Do tej pory pracujemy razem na linii autor – redaktor i poprawiam większość jego tekstów.

IMG_20200307_221601

Czy są jeszcze inni autorzy, z którymi stale współpracujesz?

Punktem wyjścia jest dla mnie współpraca z wydawcą, a więc przede wszystkim z Sine Qua Non, z którym jestem związana od jakichś ośmiu lat. Regularnie współpracuję też z Wydawnictwem Otwartym, ze Znakiem, sporadycznie ze Światem Książki i kilkoma innymi. Mam „swoich” autorów w tym sensie, że to pisarki i pisarze, którzy do mnie przyszli poprzez wydawców. To oprócz Orbitowskiego m.in. Kuba Małecki, Aneta Jadowska, wybiórczo Kuba Ćwiek, Tomek Duszyński. Roczny plan pracy buduję sobie wokół książek tych autorów.

Chyba przy takiej liczbie trudno by było o nowych?

Zdarzają się przetasowania. Od czasu do czasu pojawia się pisarz, z którym przypadamy sobie do gustu i planujemy dalszą współpracę. Ktoś za to przenosi się do innego wydawnictwa i albo zmienia redaktora niejako z marszu, albo jest zmuszony to zrobić, bo nie sposób zgrać nam terminy. Pod koniec zeszłego roku wzięłam na warsztat pierwszą część przeuroczej serii kryminalnej i między autorką i mną on razu coś kliknęło, teraz pracuję nad kolejnym tomem i z przyjemnością myślę o dłubaniu przy następnych.

Ile jesteś w stanie w ciągu roku zredagować książek?

Wiedziałam, że o to zapytasz!:) Rocznie poprawiam trzydzieści parę książek, czyli mniej więcej trzy miesięcznie. To oczywiście bardzo płynne, bo czasami nad jedną pracuję dwa tygodnie, a czasami miesiąc. Muszę mieć też płodozmian. Dziennie jestem w stanie poprawić arkusz, czyli 40 tysięcy znaków (jakieś 22 strony) jednej książki, później siada mi koncentracja. Robię sobie więc przerwę i siadam do innej, najlepiej odmiennej gatunkowo i tematycznie.

Nie masz tak, że wchodzisz w historię i ona cię porywa?

Jeżeli tak się dzieje, powinnam czym prędzej ją zostawić, nie wolno mi bezrefleksyjnie dać się porwać historii. Muszę na nią spojrzeć krytycznie, jeżeli trzeba – wrócić i przeczytać dany fragment raz jeszcze, poprawić przepuszczone błędy. Czytanie redakcyjne jest zupełnie innym czytaniem niż to dla przyjemności.

Chcesz powiedzieć, że nie masz radości z czytania tych książek?

Miewam. Wszystko zależy od jakości tekstu, także od moich preferencji, od ilości pracy. Kilka miesięcy temu redagowałam powieść, która do pewnego momentu wymagała niewielkich ingerencji: umiarkowanej obróbki językowej i stylistycznej, posprawdzania paru faktów, udzielenia kilku wskazówek autorowi. Czytanie sprawiało mi frajdę, ale jako redaktor miałam niewielkie pole do popisu. Natomiast kiedy pod koniec fabuła zaczęła się rozjeżdżać, autor wprowadził o dwa twisty i trzy postacie za dużo, to uciechę z lektury szlag trafił, ale zaczęła się przyjemność redaktorska: stanęłam przed wyzwaniem przywrócenia opowieści na właściwe tory.

Kto ustala przebieg granicy, gdzie ty jako redaktor możesz ingerować w tekst?

Koncepcja książki, bohaterowie, wszystkie komponenty świata przedstawionego są po stronie autora. Redaktor jest w pewnym sensie drugą parą oczu. Przekazuję autorowi pomysły i zastrzeżenia, robiąc to z myślą o jakości tekstu, ale to od autora zależy, czy uwzględni daną uwagę, czy nie.

Byłaś w sytuacji, kiedy musiałaś walczyć o jakieś fragmenty albo o przeforsowanie swoich uwag, podczas gdy autor był przeciwny?

Zwykle reakcja na moje sugestie jest pozytywna. Nauczyłam się argumentować konieczność wprowadzenia zmian w taki sposób, by autor nie miał wątpliwości, że nie kręcę nosem, „bo tak”, że poprawki są uzasadnione i wprowadzone z myślą o jakości tekstu i, dajmy na to, przycięcie wątku albo wyeksponowanie danej postaci faktycznie ma sens. A jeśli druga strona obstaje przy swoim i przedstawia rzeczowe argumenty, odpuszczam, nawet jeśli w pierwszej chwili nie do końca się zgadzam. Przyjmuję, że rozwiązanie zaproponowane przez autora będzie dla książki korzystniejsze. Dotyczy to zresztą nie tylko kwestii fabularnych, również – a czasem przede wszystkim – stylu. Tu nie wolno mi nadmiernie ingerować, przycinać, wygładzać. Poprawić ewidentne błędy, wypunktować niezamierzone powtórzenia i manieryzmy – jak najbardziej, ale nigdy przepisywać z „autorskiego” na „moje”.

IMG_20200307_221759

W twojej pracy ten dialog jest chyba ogromnie ważny?

Punktem wyjścia i punktem dojścia we współpracy na linii autor – redaktor jest tekst i obie strony muszą mieć to na uwadze, aby doszlifować go możliwie najlepiej. Nie da się tego zrobić bez dialogu, bez przegadania i ustalenia kierunku zmian. Mam na myśli polskie książki – w wypadku przekładów sprawa jest znacznie prostsza.

Miałaś sytuację, że autor traktował twoje uwagi jak atak na swoje „dziecko”?

Kiedy stawiałam pierwsze kroki w zawodzie, to jest kilkanaście lat temu. Ja nie potrafiłam w wystarczająco merytoryczny sposób uargumentować swojego zdania, a autorka – także początkująca – trzęsła się nad tekstem, moje uwagi odbierała bardzo osobiście.

Obecnie staram się wyczuć, na co autor jest szczególnie wyczulony, i zrozumieć, dlaczego tak jest. Absolutnie nie stawiam sprawy na ostrzu noża. W tym zawodzie nie ma miejsca na rozbuchane ego. Przydadzą się za to umiejętności dyplomatyczne i ponadprzeciętna cierpliwość.

Nie możesz być zbyt krytyczna, ale jeśli będziesz ustępować za bardzo, tekst na tym ucierpi.

Wszystko zależy od tego, co jest przedmiotem sporu. Jeśli nie mówimy o kwestiach oczywistych, to jest o poprawności językowej, ostateczne zdanie ma zawsze autor – a bywa, że wydawca. Kawał zeszłego roku spędziłam nad opasłą książką non-fiction. Wydawca zażyczył sobie dokonania radykalnych skrótów. Kierując się wytycznymi i własną oceną, przetrzebiłam tekst z powtórzeń, dygresji, zbyt szczegółowych informacji. Autor przełknął większość moich ingerencji, ale za przywróceniem mniej więcej jednej trzeciej usuniętych fragmentów stanowczo obstawał. Poszliśmy na kompromis. Recenzenci ocenią, czy byłam zbyt pobłażliwa.

Czy kiedyś się jednak nie dogadałaś, już w trakcie, do tego stopnia, że trzeba się było przerwać współpracę?

Nie przypominam sobie. Kiedy podejmuję się zlecenia, staram się je dociągnąć do końca – co nie znaczy, że nie zgłaszam problemów wydawcy. Kilka razy skapitulowałam przy fatalnym przekładzie, który wymagał dodatkowej pracy tłumacza, ale później zawsze do niego wracałam. Częściej zdarza mi się w ogóle zlecenia nie przyjmować – jako freelancer mam taką możliwość.

Jeżeli wiem, że praca będzie orką na ugorze, a jej efekt niewspółmierny do włożonego wysiłku, to wtedy odmawiam, by oszczędzić czasu i nerwów sobie, autorowi i wydawnictwu.

Masz takie podejście, że to jest praca, zaciskasz zęby i robisz swoje?

To jest praca, ale najczęściej niewymagająca zaciskania zębów – co najwyżej znacznej samodyscypliny. Choć przyznaję, że książki, po które sięgam dla przyjemności, i te, które czytam zawodowo, pokrywają się w niewielkim stopniu. Konieczność spędzenia kilkudziesięciu godzin z danym tytułem nie powoduje u mnie niechęci, ja tę monotonię w zasadzie nawet lubię… Wyjątkiem są tłumaczone biografie sportowe czy biografie muzyczne; miałam z nimi do czynienia przez kilka lat i nigdy więcej.

Czy ingerujesz w kwestie merytoryczne?

To jeden z moich obowiązków. Rzecz jasna wspomnienia poświęcone polskiej scenie muzycznej lat 90. przegląda po mnie dziennikarz muzyczny, a poradnik dla osób cierpiących na chorobę Hashimoto – dietetyk lub lekarz. Każda książka specjalistyczna powinna przejść redakcję merytoryczną. Jeżeli jednak mam powieść z fabułą osadzoną w realnie istniejącym mieście, to do mnie należy skontrolowanie, czy zgadzają się nazwy ulic, lokali, topografia. Jeżeli bohaterka z miasta A do miasta B jedzie pociągiem trzy godziny, sprawdzam odległość i dostępne połączenia, a bohaterowi powieści historycznej pozwalam włożyć surdut, tylko jeśli nosiło się wówczas ten element garderoby. Nie masz pojęcia, jak często autorom umykają takie detale, również tym najbardziej doświadczonym. Bezpośrednio po środzie następuje piątek, ciąża trwa jedenaście miesięcy, a siarczysty mróz nie przeszkadza w sprzedaży nowalijek pod gołym niebem… Redaktor czuwa, żeby takie kwiatki nie ujrzały światła dziennego.

Dotyczy to zresztą nie tylko beletrystyki. To do moich obowiązków należy przypomnienie autorowi książki kucharskiej, że brokuły gotowane 40 minut raczej nie będą al dente, i upewnienie się, czy – zgodnie z tym, co pisze biograf – dana miejscowość miała pod koniec osiemnastego wieku prawa miejskie.

Poprawiasz pod kątem językowym, masz wpływ na postacie, na kwestie merytoryczne – to sporo aspektów.

Wiesz, redaktor to jedna z pierwszych osób, które mają do czynienia z tekstem książki – i pierwsza, która w niego ingeruje. Przekazując go do dalszych prac, muszę pamiętać, że korektor ma poprawić tylko błędy interpunkcyjne, literówki, których nie wyłapałam, powtórzenia i inne drobiazgi. Tekst powinien być niemal czysty.

Sprawdzasz mnóstwo rzeczy, ingerujesz w tekst, wkładasz masę pracy, żeby był lepszy, a mimo to redaktorzy są bardzo w cieniu autorów. Jesteś wpisana w stronę redakcyjną, nie ma cię na okładce, na spotkaniach autorskich.

I bardzo dobrze! Z założenia stoję w cieniu i nie ma w tym żadnej niesprawiedliwości. Lubię analogię z akuszerem: redaktor to ktoś, kto się pomaga urodzić „dziecku”, jakim jest książka, kto dba, żeby było zdrowe i rumiane. To jednak nie jest moje „dziecko”, ja mogę pomóc mu wyjść na świat, ale to ktoś inny powołał je do życia. Redaktor pełni tylko funkcję służebną, bez względu na to, jak głęboko ingeruje w tekst.

Jak odnosisz się do braku na rynku bazy redaktorów, jaką mają tłumacze?

Wielu ma swoje strony, korzysta z serwisów w rodzaju LinkedIn. Znam gros osób, dla których redagowanie jest jednym z kilku zajęć, obok tłumaczenia, pisania, pracy dziennikarskiej czy naukowej, i zajmują się tym z doskoku. Jeszcze inni mają zapewnioną ciągłość zleceń i nie potrzebują ogłaszać swoich usług.

Lubisz swoją pracę?

Kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć: „Ale ty te wszystkie książki… no wiesz: CZYTASZ?!”. Potrafię sobie wyobrazić, że dla wielu ludzi codzienna wielogodzinna praca z cudzym tekstem to czyste piekło. Chyba nie sposób wytrwać w tym zawodzie, jeśli się go nie lubi. Owszem, to zajęcie na ogół żmudne, monotonne, czasami przypomina rzeźbienie w opornym materiale, ale jest satysfakcjonujące i poszerza horyzonty. Zajmuję się tym mniej więcej od połowy studiów i chyba już nie umiem sobie wyobrazić, że mogłabym robić coś innego.

Czy są jeszcze jakieś ciemne strony tego zawodu?

Myślę, że dużo zależy od relacji ze zleceniodawcami, obszaru działań, oczekiwań… To zajęcie dla tych, którym nie przeszkadza permanentne bycie w cieniu. Trzeba być też gotowym na zebranie cięgów, nie zawsze zasłużonych. Odbiorca otrzymuje gotowy produkt – czy też, żeby nazwać to ładniej: dzieło. Nie wie, jak przebiegał proces redakcyjny ani jaki był stan wyjściowy tekstu. Jeśli dopatrzy się w książce mankamentów, może złożyć je na karb źle wykonanej redakcji. Rzecz jasna ma do tego prawo – i może mieć rację, bo niewykluczone, że redaktor mógł przyłożyć się bardziej. Jednak na efekt końcowy ma wpływ kilka różnych czynników, jak choćby predyspozycje autora, odgórne wytyczne czy terminy; czasami książka najwyżej poprawna to owoc katorżniczej pracy i maksimum tego, co dało się osiągnąć. Natomiast wyrazy uznania za dobrze wykonaną pracę redaktorską otrzymuje autor. Można więc powiedzieć, że dobry redaktor to redaktor niewidzialny.

Z całą swoją wiedzą i doświadczeniem, nie kusi cię, żeby samodzielnie coś napisać?

Zdarza mi się pisać wiersze, wyłącznie do szuflady. Żeby opowiedzieć historię, trzeba mieć w sobie przestrzeń na pomysły, ja tymczasem jestem wysycona cudzymi pomysłami, cudzymi historiami i postaciami, to one na co dzień kłębią mi się w głowie, domagają się uwagi. Poza tym kiedy widzisz, ile książek się wydaje i ile z nich przepada; kiedy wiesz, że to zaledwie garstka spośród zalewu propozycji, które codziennie trafiają do wydawców… utwierdzasz się w poczuciu, że twój głos byłby nieznaczący i niepotrzebny. I to nie tak, że się w jakiś sposób tłamszę czy ograniczam. Po prostu nie uważam, bym miała do opowiedzenia coś na tyle znaczącego, żeby podzielić się tym ze światem. Pomagam wyrażać się innym i spełniam się w tym, co robię.

Praca w domu wymaga od ciebie ogromnej samodyscypliny?

Jeśli nie dostajesz comiesięcznej pensji, za to masz do opłacenia ZUS i koszty stałe, stajesz się tytanem samodyscypliny. Przez kilka lat pracowałam na etat, osiem lat temu zaczęłam działać na własny rachunek. Praca etatowa bardzo mnie rozwinęła, nie wiem, czy byłabym tu, gdzie jestem, gdyby nie osoby, od których uczyłam się zawodu, a także gdybym nie poznała pracy w wydawnictwie od kuchni. To dało mi bazę, dzięki której codzienna mobilizacja przychodzi mi niejako naturalnie. A jeżeli dopada mnie lenistwo, to instynkt samozachowawczy i zdrowy rozsądek przywołują do porządku: chomąto na szyję i do roboty.

Ale pracując w domu, właściwie bez przerwy jesteś w pracy…

Poniekąd tak. I przechodząc na freelancerkę, dostałam strasznego, pozbawionego wyrozumiałości szefa: samą siebie. Udobruchanie go, nauczenie się, by robić sobie przerwy, kończyć o określonej godzinie i czasem pozwolić sobie na luksus dnia wolnego, zajęło mi ładnych kilka lat.

Relatywnie spędzam więcej czasu przed komputerem, niż gdybym pracowała w firmie, bo średnio od 9.00 do 21.00. Tyle że w tym czasie przyrządzam posiłki, robię pranie albo zakupy – jednym słowem wykonuję szereg codziennych czynności, które wymagają oderwania się od pracy.

Pewnie atakuje cię sporo rozpraszaczy?

Szczęśliwie nie. Mój chłopak przeważnie też pracuje w domu, każde z nas ma swoją przestrzeń. Kiedy potrzebuję skupienia, zamykam się w gabinecie, zostaje tylko kotka, jeśli ma akurat życzenie zrobić sobie ze mnie legowisko. W moim wypadku ta samodyscyplina, o którą pytałaś, i przywoływanie się do porządku polega również na przypominaniu sobie, że czas odejść od biurka. Że pora wyłączyć komputer pomimo tego, że pracuje mi się dobrze. Ważne, żeby zapewnić sobie bufor: zjeść niespieszną kolację, zrobić trening, obejrzeć serial, spotkać się z ludźmi – po to, żeby rano siąść do roboty ze świeżą głową. To truizm, ale przyswojenie go było dla mnie nie lada sztuką.

Potrafisz czytać dla przyjemności? Czy wyłapujesz błędy i myślisz, że zrobiłabyś to lepiej?

Staram się nie zauważać błędów i na nie nie zżymać. Czytelniczo jestem nieustannie rozdarta pomiędzy nadrabianiem klasyki, w której mam braki, a potrzebą poznawania nowości. Właśnie skończyłam „Maga” Johna Fowlesa i nową Ferrante i zdjęłam z półki zakurzony „Cmentarz w Pradze”. Do poduszki czytam listy Osieckiej i Przybory, na kindlu mam „Distortion” Zbierzchowskiego i opowiadania Raphaela Boba-Waksberga. Staram się też znaleźć czas na lekturę książek, które czekają w kolejce do zredagowania.

Nad czym obecnie pracujesz?

Tu również jest dość eklektycznie. Świeżo za sobą mam przepisy dla kobiet w okresie menopauzy i korektę felietonów Masłowskiej, a na warsztacie – pewien sympatyczny kryminał, przewodnik po odcinkach serialu „Przyjaciele” i zbiór opowiadań fantastycznych. A czekają na mnie dwie wyśmienite polskie powieści: jedna autora znanego i uwielbianego, druga – debiut, o którym, nie mam wątpliwości, będzie głośno.

IMG_20200308_080724

Pięknie dziękuję za przemiłe spotkanie i rozmowę.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 24 marca, 2020 w Wywiady

 

Tagi: , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: