RSS

Kawa z redaktorką #22 Joanna Mika

Zapraszam na moją rozmowę z Asią Miką, redaktorką książek m.in. Łukasza Orbitowskiego, Jakuba Małeckiego i Jakuba Ćwieka. O predyspozycjach, jakie trzeba mieć do pracy w cieniu pisarzy, rozmawiałyśmy w krakowskiej kawiarni. Była to niezwykle interesująca rozmowa, zobaczcie sami.

Twoja droga do tej pracy zaczęła się od współpracy z Łukaszem Orbitowskim?

Można tak powiedzieć, ponieważ byłam redaktorką jego pierwszych opowiadań, a później książek. Oprócz tego przez pewien pracowaliśmy wspólnie dla Wydawnictwa Dolnośląskiego – Łukasz współtworzył tam serię fantastyczną i wziął mnie do pomocy. Do tej pory pracujemy razem na linii autor – redaktor i poprawiam większość jego tekstów.

IMG_20200307_221601

Czy są jeszcze inni autorzy, z którymi stale współpracujesz?

Punktem wyjścia jest dla mnie współpraca z wydawcą, a więc przede wszystkim z Sine Qua Non, z którym jestem związana od jakichś ośmiu lat. Regularnie współpracuję też z Wydawnictwem Otwartym, ze Znakiem, sporadycznie ze Światem Książki i kilkoma innymi. Mam „swoich” autorów w tym sensie, że to pisarki i pisarze, którzy do mnie przyszli poprzez wydawców. To oprócz Orbitowskiego m.in. Kuba Małecki, Aneta Jadowska, wybiórczo Kuba Ćwiek, Tomek Duszyński. Roczny plan pracy buduję sobie wokół książek tych autorów.

Chyba przy takiej liczbie trudno by było o nowych?

Zdarzają się przetasowania. Od czasu do czasu pojawia się pisarz, z którym przypadamy sobie do gustu i planujemy dalszą współpracę. Ktoś za to przenosi się do innego wydawnictwa i albo zmienia redaktora niejako z marszu, albo jest zmuszony to zrobić, bo nie sposób zgrać nam terminy. Pod koniec zeszłego roku wzięłam na warsztat pierwszą część przeuroczej serii kryminalnej i między autorką i mną on razu coś kliknęło, teraz pracuję nad kolejnym tomem i z przyjemnością myślę o dłubaniu przy następnych.

Ile jesteś w stanie w ciągu roku zredagować książek?

Wiedziałam, że o to zapytasz!:) Rocznie poprawiam trzydzieści parę książek, czyli mniej więcej trzy miesięcznie. To oczywiście bardzo płynne, bo czasami nad jedną pracuję dwa tygodnie, a czasami miesiąc. Muszę mieć też płodozmian. Dziennie jestem w stanie poprawić arkusz, czyli 40 tysięcy znaków (jakieś 22 strony) jednej książki, później siada mi koncentracja. Robię sobie więc przerwę i siadam do innej, najlepiej odmiennej gatunkowo i tematycznie.

Nie masz tak, że wchodzisz w historię i ona cię porywa?

Jeżeli tak się dzieje, powinnam czym prędzej ją zostawić, nie wolno mi bezrefleksyjnie dać się porwać historii. Muszę na nią spojrzeć krytycznie, jeżeli trzeba – wrócić i przeczytać dany fragment raz jeszcze, poprawić przepuszczone błędy. Czytanie redakcyjne jest zupełnie innym czytaniem niż to dla przyjemności.

Chcesz powiedzieć, że nie masz radości z czytania tych książek?

Miewam. Wszystko zależy od jakości tekstu, także od moich preferencji, od ilości pracy. Kilka miesięcy temu redagowałam powieść, która do pewnego momentu wymagała niewielkich ingerencji: umiarkowanej obróbki językowej i stylistycznej, posprawdzania paru faktów, udzielenia kilku wskazówek autorowi. Czytanie sprawiało mi frajdę, ale jako redaktor miałam niewielkie pole do popisu. Natomiast kiedy pod koniec fabuła zaczęła się rozjeżdżać, autor wprowadził o dwa twisty i trzy postacie za dużo, to uciechę z lektury szlag trafił, ale zaczęła się przyjemność redaktorska: stanęłam przed wyzwaniem przywrócenia opowieści na właściwe tory.

Kto ustala przebieg granicy, gdzie ty jako redaktor możesz ingerować w tekst?

Koncepcja książki, bohaterowie, wszystkie komponenty świata przedstawionego są po stronie autora. Redaktor jest w pewnym sensie drugą parą oczu. Przekazuję autorowi pomysły i zastrzeżenia, robiąc to z myślą o jakości tekstu, ale to od autora zależy, czy uwzględni daną uwagę, czy nie.

Byłaś w sytuacji, kiedy musiałaś walczyć o jakieś fragmenty albo o przeforsowanie swoich uwag, podczas gdy autor był przeciwny?

Zwykle reakcja na moje sugestie jest pozytywna. Nauczyłam się argumentować konieczność wprowadzenia zmian w taki sposób, by autor nie miał wątpliwości, że nie kręcę nosem, „bo tak”, że poprawki są uzasadnione i wprowadzone z myślą o jakości tekstu i, dajmy na to, przycięcie wątku albo wyeksponowanie danej postaci faktycznie ma sens. A jeśli druga strona obstaje przy swoim i przedstawia rzeczowe argumenty, odpuszczam, nawet jeśli w pierwszej chwili nie do końca się zgadzam. Przyjmuję, że rozwiązanie zaproponowane przez autora będzie dla książki korzystniejsze. Dotyczy to zresztą nie tylko kwestii fabularnych, również – a czasem przede wszystkim – stylu. Tu nie wolno mi nadmiernie ingerować, przycinać, wygładzać. Poprawić ewidentne błędy, wypunktować niezamierzone powtórzenia i manieryzmy – jak najbardziej, ale nigdy przepisywać z „autorskiego” na „moje”.

IMG_20200307_221759

W twojej pracy ten dialog jest chyba ogromnie ważny?

Punktem wyjścia i punktem dojścia we współpracy na linii autor – redaktor jest tekst i obie strony muszą mieć to na uwadze, aby doszlifować go możliwie najlepiej. Nie da się tego zrobić bez dialogu, bez przegadania i ustalenia kierunku zmian. Mam na myśli polskie książki – w wypadku przekładów sprawa jest znacznie prostsza.

Read the rest of this entry »

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 24 marca, 2020 w Wywiady

 

Tagi: , ,

Kawa z pisarzem #21 Przemysław Semczuk

Zapraszam na moja rozmowę z Przemysławem Semczukiem, autorem między innymi książek o polskich seryjnych mordercach- Zdzisławie Marchwickim, Karolu Kocie i Joachimie Knychale, oraz powieściach „Tak będzie prościej” i „To nie przypadek”.

IMG_20200107_161217

Czy uważasz, że rzeczywistość jest gorsza, niż to, co może wykreować wyobraźnia? Czy groza tego, co prawdziwe jest większa?
Zdecydowanie tak. Historie, które czytamy w prozie kryminalnej w większości mnie bawią. Widać, że autorzy wkładają sporo wysiłku, aby je wymyślić. W kryminałach morderca jest super inteligentny. Gra z policjantem w grę, prowokuje go i chce być złapany. Wierzymy w to, bo jesteśmy wychowani na mitycznym Hannibalu Lecterze. Czytelnicy ślepo w to wierzą i są zachwyceni. W prawdziwym życiu nie ma powieściowych morderców.
Prawda jest zupełnie inna. Bardzo prosta. Wszystkie przypadki, którymi się zajmowałem i te których dotychczas nie opisałem, to historie bardzo proste. To, że policja, czy milicja nie jest w stanie złapać sprawców, wynika z prostej rzeczy. W „normalnym” morderstwie mamy mamy motyw, który łączy zabójcę z ofiarą. W przypadku seryjnego mordercy brakuje motywu. Policja szuka po omacku, próbując z okruchów informacji wyłowić coś co naprowadzi na trop.

Bardziej na czytelnika działa taka brudna prawda, niż coś wygładzonego przez fabułę?
Odwrotnie. Na czytelnika działają te wymyślone historie. Czytelnicy są zachwyceni, gdy morderca szaleje w szpitalu i zostawia karty do gry, bawiąc się z policją. To absurd. Seryjny morderca nie morduje po to, żeby się bawić z policją i nie liczy na to, że zostanie złapany. Działa intuicyjnie i bardzo impulsywnie. Najczęściej w sposób niezorganizowany. W celu zaspokojenia swoich popędów. A nie po to, by zostać schwytanym. To tak jak z mitem związanym z Marchwickim. W chwili aresztowania miał powiedzieć ”nareszcie”. To miało oznaczać, że mu ulżyło. Nieprawda. To była bajka na potrzeby dziennikarzy i propagandy. By przekonać społeczeństwo, że schwytano prawdziwego wampira. Rzeczywistość jest tak straszna i tak prosta, że aż trudno w nią uwierzyć. Pamiętam, jak czytałem zeznania Kota. To co zeznawał gdy się przyznał. Z niebywałą prostotą opowiadał o tym co robił. Dla normalnego człowieka jest to niepojęte. Ja się bardzo denerwuje, kiedy ktoś mi mówi, że wchodzę w psychikę seryjnego mordercy. Absolutnie nie! Nie wchodzę w niczyją psychikę. Po prostu człowiek normalny nie jest w stanie tego zrobić. Jeden z autorów kryminałów (celowo nie chcę mówić który), popełnił historię seryjnego mordercy, pisząc w pierwszej osobie. Czytelnicy są zachwyceni. Ale to jest absurdalne. To bzdura. Pan autor nie jest w stanie odtworzyć tego co dzieje w głowie chorego człowieka. Sam by musiał być chory. Mam podejrzenia co do jednego z autorów, że chyba przekracza pewne granice. Nie mogę podać szczegółów, ale obawiam się, że niebawem sprawa wyjdzie na jaw. To co pisze i robi jest niepokojące.

Mówisz, że nie wchodzisz w psychikę mordercy, ale czy potrafisz się odciąć od tego. Czytałam „M jak morderca”, mnie przeczytanie tej książki wiele kosztowało, jaki był koszt jej napisania?
Gdy przeczytałem zeznania Karola Kota, zajmujące kilkadziesiąt stron, musiałem zrobić dwa tygodnie przerwy. To było zbyt obciążające psychicznie. Są w książce fragmenty, które ja oznaczałem jako drastyczne. Niektórych to bawiło. I mam wrażenie, że przesuwa się granica przyjmowania rzeczywistości. Czytelnik znieczula się na brutalną zbrodnię. Jak poczyta Orbitowskiego, to tam są naprawdę ostre sceny. A potem czytamy reportaż i mówimy – eeee nic wielkiego. Filmy Smarzowskiego, niebywała rzeźnia. „Dom zły”, aż trudno uwierzyć. Rzeczywistość, która jest prosta, ale bardzo brutalna w swojej prostocie, przestaje czytelnika dziwić. Przesuwają się granice okrucieństwa.

Read the rest of this entry »

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 23 lutego, 2020 w Spotkania z autorami, Wywiady

 

Tagi: ,

Kawa z pisarzem #20 Marcel Woźniak

„Dotrzyj do człowieka, a dotrzesz do prawdy”. Zapraszam na zapis mojej rozmowy z Marcelem Woźniakiem, niezwykle różnorodnym twórcą, biografem Leopolda Tyrmanda, autorem trylogii kryminalnej o Leonie Brodzkim- „Powtórka”, „Mgnienie” i „Otchłań”, oraz powieści napisanej wspólnie z Gabrielą Gargaś „Tysiąc obsesji”.

IMG_20200107_161743

Mamy rok Leopolda Tyrmanda, jesteś jego biografem. Czy trudno jest zachować obiektywizm wobec osoby która cię fascynuje?
Myślę, że w tym pytaniu jest zawarta odpowiedź, bo jest trudno i nie jestem pewien czy mi się udało do końca w to życie wejść. Nieustannie to pogłębiam, nie dalej jak kilka tygodni temu usłyszałem historię, jak Tyrmand udawał dla żartu, że nie żyje, nikt się spodziewał, że z niego był taki jajcarz.

W Twojej książce widać pasję, energię, widać, że to nie jest postać ci obojętna, że to ktoś ważny.
Wszystko tkwi w czasie, moje wnioski z życia Tyrmanda prowadzą do tego, że nabieram do niego dystansu i staję się coraz bardziej krytyczny. Najlepiej po prostu pisać prawdę, ale dla każdego prawda będzie czymś innym, ja mówiąc o prawdzie mam na myśli źródła. Piszę o historii zaprzeszłej, o człowieku, który nie żyje. Siłą rzeczy opieram się na źródłach, przekazach ustnych, na relacjach. Wobec Tyrmanda mam dużo sympatii, ale też dużo cierpliwości, żeby sprawdzać rożne punkty widzenia i nie zadowalać się tym najprostszym, albo najbardziej widowiskowym. Jest to pewnie obarczone moim subiektywizmem, bo też mam swoje poglądy i przekonania. Każdy dziennikarz jest przekonany, że wie lepiej i że jego prawda jest najbliższa prawdzie dziejowej, czy historycznej.

Jak do niej dotrzeć?
Czas i perspektywa pozwalają zadawać właściwe pytania. To trochę jak z procesem sądowym, gdzie ustalana jest linia obrony albo ataku, reporter też musi zadać sobie pytanie o to, czego chce się dowiedzieć. Dziś obejrzałem materiał o Canaletto, malarzu, który namalował ponad dwadzieścia obrazów Warszawy w osiemnastym wieku i doszedłem do wniosku, że Tyrmand był trochę jak Canaletto. Odmalował Warszawę w „Złym” tak, że można po niej chodzić z graficzną dokładnością. Canaletto słyszał zarzuty, że przekłamał rzeczy na obrazach, żeby lepiej się prezentowały, że odległości między budynkami były inne, pod innym kątem czy z innej perspektywy. Robił to po to, by pokazać więcej. Pozostaje mieć nadzieję, że stawiasz dobre pytania i że prawda się objawi jak wywołane w ciemni zdjęcie.

Wielu osobom przybliżyłeś, pokazałeś postać Leopolda Tyrmanda, ale jakie to było dla Ciebie uczucie opowiadać o nim jego córce, Rebecce?
To było dla mnie bardzo emocjonalne. Z jednej strony jestem dziennikarzem, reporterem, ale z drugiej trochę antropologiem, który wchodzi do stada, do plemienia i musi z nim trochę poprzebywać, żeby nie być intruzem. Wtedy pojawia się zarzut o brak obiektywizmu, ale właśnie po to spotykam rodzinę i bliskich, żeby poznać ich perspektywę, żeby ona coś dała mojej perspektywie. Córka Tyrmanda była pomijana, to jego syn, Matthew się wypowiadał, ona chyba nigdy żadnego wywiadu nie udzieliła. Jak pojechałem do nich, to Matthew mnie spytał po co chce z nią rozmawiać, przecież ona nic nie wie. Zawsze jak ktoś mi coś odradza, to ja to robię, zwłaszcza jeśli chodzi o poszukiwanie czegoś. Jak widzę, że jest zamknięte to wchodzę, bo może był powód, że ktoś to zamknął. Rebecca nie miała dla mnie dużo czasu, więc to ja chciałem jej opowiedzieć o Leopoldzie. Podczas naszej rozmowy była bardzo wzruszona, chociaż wiedziałem, że niektóre rzeczy mogą być dla niej trudne, ludzie mają różną wrażliwość.

Spotkałeś się również z Marry Ellen, żoną Tyrmanda.
Spotkanie z Rebeccą było poprzedzone spotkaniem z ich matką, to niezwykle kurtuazyjna, kulturalna, ciepła, dystyngowana osoba i pierwsze moje z nią spotkanie było bardzo oficjalne. Byłem zdenerwowany, w końcu jadę przez pół świata na spotkanie z żoną pisarza i boję się, że ją w jakiś sposób obrażę. Na szczęście było bardzo miło i kiedy spotkaliśmy się po kilku dniach po raz drugi, to jakby już z inną osobą. Już się trochę znaliśmy i przyznała, że ona też się denerwowała tym spotkaniem. Dla niej nie miało znaczenia czy przyjechałby Mariusz Szczygieł, Tomasz Sekielski czy Marcel Woźniak, to po prostu dziennikarz z Polski, który pisze książkę. Bała się, że nie będzie sobie w stanie wszystkiego przypomnieć i odpowiedzieć na moje pytania, tymczasem opowiedziała mi o śmierci Leopolda i bardzo się otworzyła. Od tamtej pory mamy kontakt, Mary Ellen doceniła to, że nie chciałem z buciorami wejść w jej życie.
Może to powinien być ostry tekst, każdy reporter powie ci, że tekst jest najważniejszy, a to nieprawda, bo najważniejszy jest człowiek, dotrzyj do człowieka a dotrzesz do prawdy, a dopiero potem możesz o tym napisać. Jestem nie tylko dziennikarzem, ale też naukowcem, mam sumienie naukowe.

Dla Mary Ellen to przecież powrót do trudnych wspomnień i emocji.
I tutaj się okazuje, że dzięki człowiekowi i dzięki wejściu w relację można się dowiedzieć prawdy, bo jeśli po kilku dniach sobie coś przypomni, to mi o tym napisze. Minęły dwa lata, ponownie spotkaliśmy się w Nowym Yorku i znaleźliśmy grób, na którym nie była trzydzieści lat. Chodzi też o to jak prawda trwa w czasie i jak się w tym czasie rozkłada.
Bez wejścia w relację bym do tej prawdy nie dotarł, o tym świadczy też fakt, że Matthew ufa mi na tyle, że kiedy ktoś ma pytania o Tyrmanda na które nie potrafi odpowiedzieć, to prosi-napisz do Marcela.
To jest duża odpowiedzialność, ale też ciekawe i ważne doświadczenie. Dziennikarstwo ociera się o antropologię ale i o sztukę . Jestem też powieściopisarzem, niektórzy uważają, że artystą, a wspólnym mianownikiem jest szczerość, prawda i piękno.

Powiedziałeś, że jesteś powieściopisarzem, bo po swoim debiucie wydałeś trylogię z Leonem Brodzkim, powieści bardzo mocno osadzone w Toruniu. W jakim stopniu topografia miasta z twoich książek jest zgodna z rzeczywistością?
Starałem się oddać w skali jeden do jeden jeśli chodzi miejsca i ich funkcje, ale co pokazałem to już mój subiektywny wybór. Jednak nie jest tak, że skracam ulice, albo sprawiam, że coś widać a czegoś nie ma. Natomiast wybieram to, co jest w tej topografii ważne.

IMG_20200107_161559

Jest możliwy spacer po Toruniu śladami bohaterów? Brodzki miał mieszkać w kamienicy na drugim piętrze na rogu ulic Mickiewicza i Konopnickiej. Znalazłam na Google Maps, że faktycznie jest takie miejsce w Toruniu.
Tak, ja w tej kamienicy mieszkałem, bo najlepiej jest pisać o tym, co się zna. Gdybym chciał napisać książkę, której akcja dzieje się w Bydgoszczy czy Poznaniu to musiałbym tam trochę pomieszkać. A i tak to nie będzie to samo co opisanie miasta w którym żyjesz. Jest to w pewnym sensie inspiracja „Złym”, po przeczytaniu tej książki trzynaście lat temu pomyślałem, że wspaniale by było opisać tak Toruń.
Celowo chciałem utrwalić rzeczywistość roku 2016 , zatrzymać w czasie pewne kadry, żeby po latach można było do niej sięgnąć i przypomnieć sobie, że takie coś było. Nie trzeba było długo czekać, żeby pod łyżkami koparek zaczęły znikać budynki. Rzeczywistość się przenika z literaturą, bo jeśli się zanurzysz w rzeczywistość, to poznajesz jej tkankę, a potem ją opisujesz.

Read the rest of this entry »

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 4 lutego, 2020 w Spotkania z autorami, Wywiady

 

Tagi: , , , , , ,

Kawa z pisarzem #19 Bartosz Szczygielski

Z Bartoszem Szczygielskim, autorem trylogii „Aorta”, „Krew” i „Serce”, o jego najnowszej książce „Krok trzeci” rozmawiałam w warszawskim Starbucksie.
Premiera książki już 29 stycznia!

IMG_20200107_160438

Za kilka dni ukaże się Twoja najnowsza książka „Krok trzeci”, jakie znaczenie ma tytuł?
Rozpatruję go w dwóch płaszczyznach. Żeby coś zrobić potrzebny jest pierwszy krok, a po tym pierwszym jest drugi i tak dalej. Dla mnie ten trzeci jest takim sprawdzianem, ile jesteś w stanie zrobić i do czego się posunąć, kiedy dążysz do konkretnego celu. Drugie znaczenie jest bezpośrednim nawiązaniem do programu dwunastu kroków w leczeniu uzależnień, co jest adekwatne do tego, co dzieje się w książce i do zmian jakie następują w głównej bohaterce.

Tylko to nie jest książka o problemie alkoholowym?
Faktem jest, że program dwunastu kroków został wymyślony dla problemu alkoholowego, ale jest stosowany także w innych uzależnieniach, w innych problemach. Tak naprawdę jest na tyle uniwersalny, że można go stosować nie tylko przy alkoholizmie, ale też przy przemocy domowej czy narkotykach. Chodzi o bliskość i o zaufanie, jakie można uzyskać od osób, które są nam skłonne pomóc.

Można powiedzieć, że jest to książka o zmianach?
Zdecydowanie. Uważam, że każda książka powinna być o czymś, że nie może być historią na zasadzie zabili kogoś i tego kogoś złapano. Dla mnie to wtedy taka „zapchaj dziura”. Książka powinna przekazywać coś więcej i „Krok trzeci” jest książką o zmianach i o tym, czy można wyrwać się z konkretnego kręgu, schematu, przywiązania do drugiej osoby. Próbą odpowiedzi na pytanie, czy nasze życie jest już z góry ustalone, czy powtarzamy błędy naszych rodziców. Czy jesteśmy na te błędy skazani. Wierzę, że jesteśmy w stanie te schematy przełamać.

W pewnym sensie jest się na to skazanym, bo powielasz to, co znane.
Oczywiście, że tak, tak samo, jak mówi się, że mężczyźni szukają kobiet, które zachowują się jak ich matki, a kobiety szukają w mężczyznach cech swoich ojców.

Nie robi się tego świadomie.
Dlatego też trudniej się wyrwać z niektórych, nawet nie schematów, co zachowań, które widzimy w domu u najbliższych, bo jest to dla nas normalne. Jeśli ktoś nam za dzieciaka przyjebie parę razy, to będziemy robić tak samo z naszym dzieckiem. Znamy to i skoro nam to nie zaszkodziło w żaden sposób, bo żyjemy i wierzymy, że możemy sobie z tym poradzić, to powielamy to dalej. „Krok trzeci” jest o tym, że można się z takich rzeczy wyrwać, nie będę zdradzać w jaki sposób i czy jest to bezbolesne. Książki mają to do siebie, że niektóre rzeczy są mocno przerysowane, ale uważam, że da się wyrwać, może nie zawsze w taki sposób w jaki byśmy sobie tego życzyli.

Na okładce czytamy, że to kryminał, sensacja, thriller psychologiczny, jaki to gatunek? Nie za dużo naraz?
Trudno znaleźć czytelnika i pomyślałem, że jak upchnę wszystko w jednym miejscu to ktoś się w końcu znajdzie. Wyszło od tego, że pisałem kryminały, bo „Aorta”, „Krew” i „Serce” to stricte kryminały. Kiedy przyszedłem do wydawnictwa z nowym pomysłem na książkę, chciałem spróbować czegoś innego, ale dalej w moim stylu. Część czytelników może być lekko zawiedziona, gdyż nie będzie to typowy kryminał, nie jest to też typowy thriller. Ta książka jest po prostu inna. I jest to najbardziej kobieca z moich książek.

Właśnie, bo kobieta jest główną bohaterką.
Tak, bo o ile w trylogii miałem podział na dwie osoby, tutaj zdecydowałem się tylko na kobiecą perspektywę.

Czy to było wyzwanie pisać z perspektywy kobiety?
Trochę tak, bo nie znam wszystkich kobiecych tajemnic, ale potrafię obserwować. Kobiece postaci pisze mi się zdecydowanie łatwiej, ale zabij mnie, nie wiem dlaczego.

Read the rest of this entry »

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 22 stycznia, 2020 w Spotkania z autorami, Wywiady

 

Tagi: , , ,

Kawa z pisarzem #18 Robert Małecki

Już 15 stycznia premiera „Zadry”, trzeciego tomu cyklu o komisarzu Bernardzie Grossie, w toruńskiej kawiarni miałam okazję spotkać się z Robertem Małeckim i porozmawiać o najnowszej książce. Planach na przyszłość, dużych zmianach w życiu zawodowym, a także o samotności bohatera.

IMG_20200107_161953

Kiedy pisałeś „Skazę”, jak wiele miałeś zaplanowanych wydarzeń z całej trylogii?
To może zacznijmy od tego, że nigdy nie planowałem zakończenia cyklu o chełmżyńskim policjancie Bernardzie Grossie na trzecim tomie. Od początku planowałem, że to będzie dłuższa seria kryminalna i dlatego nie zakładałem żadnych konkretnych rozwiązań fabularnych, czy to w zakresie życia osobistego komisarza, czy postaci drugoplanowych. Po prostu zależało mi na tym, by już od pierwszej części cyklu, a więc od „Skazy”, wszystko rozwijało się w swoim tempie, w naturalnym rytmie.

Po pierwsze bardzo mnie cieszy, że nie kończysz z Grossem. Jednak od początku wiedziałeś, że przynajmniej trzy tomy będą, nawet miałeś zaplanowane tytuły, wierni fani wiedzą, że pierwotnie „Zadra” miała być „Rysą”
To prawda. Planowałem, że właśnie tom trzeci będzie nosił taki tytuł, ale na rynku pojawiła się wówczas „Rysa” Igora Brejdyganta. Dlatego uznaliśmy – wspólnie z wydawnictwem – że w ramach cyklu z Grossem warto zmienić ten jeden tytuł i tak powstała „Zadra”.

Tytuły Twoich książek są dobrze przemyślane i nieprzypadkowe. Mają symboliczne, głębsze znaczenie. Wplatasz je w treść, nadając im więcej znaczeń.
Taka jest, moim zdaniem, rola tytułu powieściowego. Rzeczywiście staram się wykorzystywać głębsze ich znaczenia. A przynajmniej zwracam na to uwagę moich Czytelników.

Samotność jest motywem przewodnim, beznadzieja, dużo smutku, refleksyjnych myśli. Dużo o relacjach, ciężkie sytuacje, trudne, bardzo życiowe, bardzo bolesne, moralnie niejednoznaczne konflikty.
Marzyłem o napisaniu serii melancholijnych kryminałów i jak się okazuje – wnoszę to po Twoich odczuciach – chyba się udało (śmiech).
Staram się, żeby cykl o komisarzu Grossie nie był jedynie zwykłym kryminałem. Zależy mi, żeby były to powieści kryminalne z pogłębionymi portretami psychologicznymi bohaterów i bogatą warstwą obyczajową. A depresyjny klimat, o którym mówisz, od początku miał być swoistą zawiesiną dla całego cyklu.

Klimat to jedno, ale mam wrażenie, że Ty uderzasz w niezwykle czułe struny i czytelnik potrzebuje czasu, żeby dojść do siebie. I robisz to z premedytacją:)
O, tak! Uwielbiam to! (śmiech)
Wiedziałam!

A wracając do „Zadry”, to również książka o nieobecności, ojca w życiu syna, kobiet w życiu mężczyzny. Książka o braku i o tym jak paradoksalnie brak może wypełnić życie.
Masz oczywiście rację. Tych skaz, wad i zadr jest sporo w każdej z tych powieści, a przede wszystkim w bohaterach. Ale niewątpliwie „Zadra” jest także kryminałem o sprawach ostatecznych, o śmierci, o gotowości na to, co gdzieś tam na końcu czeka każdego z nas.

O pogodzeniu się z tym co nieuniknione?
Również o tym.

Czy Bernardowi uda się pójść dalej? Z taką skazą samotności? Pewnie zbyt wiele chcę wiedzieć?
Nie powinienem za wiele zdradzać, żeby nie psuć zabawy czytelnikom „Zadry”, bo część wskazówek pojawia się właśnie w finale tej książki. Jedno jest pewne: będzie więcej powieści z komisarzem Grossem.

Po takim zakończeniu zwyczajnie nie możesz nie pisać dalej;)
No właśnie, to także taki znak firmowy tego cyklu, że każdy finał zapowiada kolejną część. Będę się tego trzymał.

W „Zadrze” mamy nieco odważniejsze sceny erotyczne. Potrzebowałeś czasu, żeby napisać dobrą scenę erotyczną? Bo w mojej opinii poradziłeś sobie świetnie, nie jest ani infantylnie, ani wulgarnie.
Z tymi scenami seksu zawsze jest problem, żeby nie przegiąć, ani w jedną, ani w drugą stronę. Staram się też nie epatować seksem w powieści. Wykorzystuję go – nie powiem, z premedytacją! – ale tylko po to, by coś więcej powiedzieć o bohaterze, żeby Czytelnik mógł go lepiej zrozumieć.

Read the rest of this entry »

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10 stycznia, 2020 w Wywiady

 

Tagi: , ,

Podsumowanie 2019

Pora na książkowe podsumowanie 2019 roku.

Nie przeczytałam jakieś rekordowej liczby książek w minionym roku, bo niewiele ponad 40. Na zdjęciu moja najlepsza dziewiątka, a poza tym opisze kilka interesujących tytułów.

IMG_20191229_164714

„Hyperion” Dana Simmonsa, jako odzwierciedlenie moich bezskutecznych prób nadrobienia braków w klasyce fantastyki. Skoro już przy fantastyce jestem, to ogromne wrażenie zrobiło na mnie „Ślepowidzenie” Petera Wattsa i „W domu robaka” Georga R.R. Martina.

Książka, która dała mi bardzo wiele do myślenia to„A ja żem jej powiedziała” Kasi Nosowskiej, urocza ale tylko pozornie lekka. Moją książką roku zostają „Pestki” Anny Ciarkowskiej, a tytuł ekranizacji roku dostaje Netflixowy „Wiedźmin”.

Ciekawą pozycją były reportaże Justyny Kopińskiej „Z nienawiści do kobiet”, to z książka z tych boleśnie otwierających oczy. Staram się czytać rzeczy inne niż zwykle, żeby złapać odmienną perspektywę. Dobrym sposobem są na to książki Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego z serii z żurawiem, w której znajdują się teksty z różnych stron świata. Przeczytałam „Sztormowe ptaki” Einara Karasona i „Dziewczyna z konbini” Sayaka Murrata. Ta druga pchnęła mnie w stronę literatury japońskiej i w ten sposób znalazłam wydawnictwo Tajfuny. A wśród nich książkę „Niedźwiedzi bóg 2011” autorstwa Hiromi Kawakami, krótka, pięknie wydana, z dwoma wersjami tego samego opowiadania. Druga wersja została napisana po marcu 2011- katastrofie w elektrowni atomowej w Fukushimie. Po 2011 roku dla Japończyków nic już nie jest takie same. Mam jeszcze kilka tajfunowych książek, ale zostawiam je sobie na nieodległą przyszłość.

Dziękuję wszystkim, z którymi mogłam o książkach rozmawiać, pytać o nie i dzielić się swoimi spostrzeżeniami. Za spotkania, rozmowy, wywiady, panele dyskusyjne, które miałam ogromną przyjemność przeprowadzić dziękuję chronologicznie: Jacek Bielawa, Paweł Majka, Wojciech Chmielarz, Michał Cholewa, Łukasz Orbitowski, Jakub Ćwiek, Krystyna Chodorowska, Robert Małecki, Jakub Małecki, Marta Kisiel-Małecka, Anna Kańtoch, Anna Hrycyszyn, Robert M. Wegner, Piotr W. Cholewa, Irena Shevchenko, Tomasz Pindel, Anna Studniarek, Magdalena Kucenty, Marta Malinowska, Bartosz Szczygielski, Anna Ciarkowska, Radek Rak, Olga Niziołek, Anna Łagan, Lech Baczyński, Katarzyna Rupiewicz, Agnieszka Zapart, Jacek Dehnel, Tomasz Hoga, Joanna Mika, Robert Pilch, Marta Magdalena Lasik i Jerzy Rzymowski.

Jak widać rozmawiam nie tylko z pisarzami, bo książki to nie tylko pisarze, to także redaktorzy, tłumacze, wydawcy, ilustratorzy, korektorzy, ludzie od których dużo zależy a niewiele się o nich mówi, a ja mam do nich mnóstwo pytań!:)

Dziękuję za te rozmowy, bo z każdego spotkania wiele wynoszę, każde mnie czegoś uczy, również o sobie samej.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 1 stycznia, 2020 w Inne

 

Tagi:

Kawa z redaktorem naczelnym #17 Jerzy Rzymowski

Zauważyliście? Idę dalej, będą pojawiać się nie tylko rozmowy z pisarzami, ale wokół książek i literatury będę oscylować. Dziś zapraszam na wywiad o literaturze fantastycznej i nie tylko. Moim rozmówcą był Jerzy Rzymowski, redaktor naczelny magazynu „Nowa Fantastyka”.

IMG_20191103_160140

Jak wygląda dzień pracy redaktora naczelnego?
To sinusoida, która zależy od dnia. Przed wysyłką numeru do druku pracy przybywa, ostatnie dni to robota niemalże non stop. Kiedy numer już pójdzie, jest trochę luzu. Pracuję w domu, do wydawnictwa przyjeżdżam parę razy w miesiącu, jest to głównie praca zdalna. Robota redaktora nie jest wyrafinowana, nie ma wiele do opowiedzenia. Dużo obróbki tekstów, drugie tyle najróżniejszych kwestii organizacyjnych.

Jest duża odpowiedzialność?
Odpowiedzialność jest cholerna, jak by nie patrzeć to jest pismo z już ponad trzydziestosiedmioletnią tradycją.

Chyba też obecnie jedyne na rynku?
Jest w tej chwili jedyne na rynku. Piekielnie trudnym, rynek prasowy jest w tej chwili cięższy niż rynek książki, co zresztą było widać niedawno, kiedy zamknęły się polskie edycje „Playboya”, „Cosmopolitana” i kilku innych tytułów. Ich już nie ma, my wciąż trwamy.

Z czego to wynika?
Nie ma wśród młodszego pokolenia nawyku sięgania po prasę, ona ma swój prestiż raczej wśród starszych czytelników. Olbrzymią konkurencją jest Internet. Teraz trzeba zachęcić ludzi do czytania czasopisma, wyrobić w nich przyzwyczajenie. Trzeba też próbować dotrzeć do nich wszelkimi kanałami, dlatego bardzo zabiegam o to, żebyśmy mieli wersję mobilną.

Jak wyglądała Twoja droga do tego miejsca? Pracujesz w „Nowej Fantastyce” od 2006 roku, od 2013 roku na stanowisku redaktora naczelnego.
Mój staż w branży faktycznie jest już spory. Zaczęło się od „Kruka”, to krótko ukazujący się magazyn literatury grozy, którego wydawnictwo mieściło się w tym samym budynku, co klub „Magii i Miecza” i wydawnictwo Mag. Później byłem redaktorem właśnie „Magii i Miecza”, miałem parę innych punktów zaczepienia po drodze. W pewnym momencie dowiedziałem się, że redakcja „Nowej Fantastyki” poszukuje ludzi, zgłosiłem się i w efekcie zostałem szefem działu publicystyki.

Na ile profil „Nowej Fantastyki” jest zgodny z twoimi zainteresowaniami, bo mam wrażenie, że zawsze wokół fantastyki oscylowałeś.
Od dziecka interesowałem się mniej lub bardziej świadomie fantastyką, ale wszedłem w środowisko fantastyczne trochę tylnymi drzwiami, bo od środowiska RPGowego, od klubu „Magii i Miecza”. Należałem też do Klubu Tfurców. W „Nowej Fantastyce” znalazłem się naturalnym tokiem poszerzania tych zainteresowań.
Od kwietnia tego roku wprowadziłem gry fabularne na łamy pisma i w tym momencie historia jakby zatoczyła koło. Mam nadzieję, że mi się uda doprowadzić do tego, żeby powstało wydanie specjalne poświęcone grom; zobaczymy co z tego wyjdzie.

Kwartalnik już się nie ukazuje?
Była niesatysfakcjonująca sprzedaż, nałożyły się na to zawirowania z Ruchem, które odbiły się zresztą boleśnie na całym rynku prasy. To był dla nas ogromny problem, wycofaliśmy się wtedy od nich z dystrybucji.

Read the rest of this entry »

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 15 grudnia, 2019 w Wywiady

 

Tagi: , , ,